,,Kocha, lubi, szanuje, … wymaga”

przez | 20 listopada, 2020
Pod wiatr

Ostatnio po raz kolejny zaskoczyła mnie rozmowa z mamą mojego małego podopiecznego. A właściwie nie sama rozmowa, tylko to, co podczas niej padło. Mama owego dziecka powiedziała mi, że ma nadzieję, że pomimo zamykania placówek uda się kontynuować terapię logopedyczną nawet zdalnie, bo jej syn bardzo lubi moje zajęcia, zawsze chętnie na nie przychodzi. I podobno zawsze co czwartek dopytuje się, czy na pewno dziś się one odbędą. Wiadomo, to zawsze miło usłyszeć takie słowa, takie pochwały motywują nas bardziej do pracy. Jednakże zawsze mnie trochę dziwią owe stwierdzenia. Tym bardziej, że akurat ten chłopiec ma niezmiernie duże trudności językowe, trudności w płynnym wypowiadaniu się, sprawnym tworzeniu dłuższych wypowiedzi. Widać wielokrotnie, jak prezentowane przeze mnie ćwiczenia stanowią dla niego nie lada wyzwanie. Jak mozolna praca nad pokonywaniem własnych trudności sprawia mu wiele kłopotów, wymaga od niego niezwykłego wysiłku. Przecież generalnie jest tak, że tego, co sprawia nam trudność, unikamy, przekładamy, omijamy, znajdujemy tysiące wymówek, żeby odroczyć w czasie nadchodzące męki. Ja tak miałam w szkole z pracą domową z matematyki, a w dorosłym życiu z wykonaniem serii ćwiczeń gimnastycznych :). Takie zachowanie ma nawet swoją poważną i naukową nazwę – prokrastynacja. Mózg broni się przed wysiłkiem, z którym nam trudno sobie poradzić, choć podświadomie wie, że go nie uniknie, a odkładanie w czasie nie przyniesie nic dobrego.

Jednak wracając do mojej rozmowy z mamą, niezmiernie mnie ucieszył fakt, że pomimo obiektywnych trudności językowych, które posiada jej dziecko, mimo tego, że co tydzień stawiam przed nim coraz trudniejsze zadania, ono jednak docenia moje starania i przychodzi, jest chętne do współpracy. Oczywiście nie każde dziecko jest tak dobrze zmotywowane do pracy, nie każde ma ochotę wysilać się ponad miarę, nie w każdym jest taka gotowość do podejmowania kolejnych wyzwań. Ale tak szczerze, z ręką na sercu, bez fałszywej skromności, naprawdę nie zdarzyło mi się w mojej szesnastoletniej karierze zawodowej, że jakieś dziecko odmówiło ze mną współpracy, że jakieś wyszło rozczarowane z gabinetu po zajęciach, że któreś do mnie nie wróciło w następnym tygodniu na ponowne spotkanie. Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym fenomenem, bo nie raz, nie dwa rodzice ,,moich” dzieci czy też dyrekcja przedszkoli, w których pracowałam, dawali mi do zrozumienia, że jestem wymagająca, że kolokwialnie mówiąc ,,cisnę” dzieci, że wysoko stawiam poprzeczkę. Pewnie tak jest.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z pracą logopedy zastanawiałam się, w jakim kierunku chciałabym podążać. Wiadomo, na początku jak każdy nowicjusz popełniałam wiele kardynalnych, merytorycznych, pedagogicznych błędów, których do tej pory się wstydzę. Ale pewne jest też to, że doświadczenie przychodzi z praktyką. I dziś tym chętniej podzielę się moimi przemyśleniami z młodymi logopedami, którzy być może w jakiś przypadkowy sposób trafią na moją stronę.

Na pewno jedno co wiedziałam, to to, że czas dany mi na terapię muszę wykorzystać maksymalnie, bez dawania sobie taryfy ulgowej. Ale przede wszystkim nadrzędną dla mnie zasadą była maksyma: ,,kocham, więc wymagam”. O wymaganiach pisałam już we wcześniejszej impresji (,,Wymagam!”), ale wówczas sprawa dotyczyła moich własnych, prywatnych dzieci. I tak naprawdę od nich wymagam najwięcej. Najwięcej, bo kocham je najbardziej na świecie. Moich wszystkich podopiecznych bardzo lubię, więc parafrazując moją maksymę, powiedziałabym, że w pracy towarzyszy mi myśl: ,,lubię, więc wymagam”. Przede wszystkim lubię wszystkie dzieci. Serio. Wiadomo, że nawet logopeda jest tylko człowiekiem, więc jedne lubi się mniej, drugie bardziej, ale naprawdę niezmiennie lubię wszystkie. Wiem, że to ja między innymi mam szansę przyczynić się do poprawy jakości ich życia. Taka myśl może paraliżować, albo dawać kopa do działania. I wiem, że to właśnie ja muszę im stawiać wysoko poprzeczkę, bo to znaczy, że je szanuję, że wierzę w ich możliwości, że zakładam, że dadzą radę, że przynoszę im nadzieję. Dlatego zawsze staram się tak konstruować przebieg zajęć, żeby zawsze pojawiały się zmodyfikowane wersje znanych im już zdań, ale o level trudniejsze. Ale zadania te muszą być na tyle przemyślane, by nie stały się niemożliwe dla nich do wykonania, bo zadania za trudne zniechęcają, odbierają wolę walki, zabierają motywację do działania. Zadania zbyt łatwe sprawiają, ze dzieci szybko się nimi nudzą, dekoncentrują i nabierają podejrzeń, że jednak ich pani logopeda nie wierzy zbytnio w ich możliwości. Zawsze staram się, żeby materiał do utrwalania danych umiejętności był atrakcyjny, kolorowy, związany z ich zainteresowaniami. Ale też unikam nazywania terapii zabawą. Bo to jednak nie jest zabawa. Tu jednak jest ciężka praca, żmudny trening. Unikam stwierdzeń takich jak ,,choć pobawimy się”, ,,zobacz jaka będzie fajna zabawa” żeby nie tworzyć fałszywych wyobrażeń i złudnych oczekiwań. Zawsze też przestrzegam należytego dystansu między mną a dzieckiem. I choć podczas zajęć jest dużo śmiechu, atrakcyjnych pomocy, relaksujących żartów, zawsze przypominam, że jednak jestem panią, a nie koleżanką, bo dzieci chętnie skracają dystans i mówią do mnie na ,,ty”. A przecież to miedzy nimi ja jestem odpowiedzialna za nauczenie ich przestrzegania zasad poprawnego dyskursu, gdzie szacunek i odpowiednie zwroty grzecznościowe oraz określenie pozycji rozmówców jest w niego wpisane. A ponieważ bardzo lubię moich podopiecznych, to nie tylko od nich wymagam, stawiam trudne, stymulujące zadania, uczę dystansu, to unikam pobłażliwego traktowania ich. Co prawda nie jest w moim stylu nadmierne nadskakiwanie dzieciom, spieszczanie ich imion, przymilanie się,  bo moim zdaniem umniejsza to ich rolę, jako mojego równorzędnego partnera do pracy. Ale jednocześnie staram się interesować ich życiem rodzinnym, przedszkolnym, w miarę możliwości pamiętam imiona rodzeństwa, najlepszych przyjaciół, zwierząt, zainteresowań. Nie dość, że to świetne ćwiczenia utrzymujące mój mózg w dobrej kondycji, to jednocześnie odwoływanie się przeze mnie do tych informacji w trakcie terapii sprawia, że dzieci czują się ważne, wyjątkowe, doceniane. Ponadto zawsze dostrzegam włożony wysiłek dziecka i świętuję każdy nawet najmniejszy sukces, ale nie lubię chwalić przesadnie za każdy drobiazg.

Rzeczywiście pewnie dużo wymagam od innych, ale jednocześnie równie dużo wymagam sama od siebie jako terapeuty. Staram się na bieżąco poszerzać swoje wiadomości, zgłębiać tajniki wiedzy logopedycznej, śledzić różne nowinki, metody terapii. Regularne biorę udział w szkoleniach, warsztatach, ostatnio pokochałam webinaria. Regularnie czytam różnorodne pozycje logopedyczne, ale nie tylko popularnonaukowe; także zbiory felietonów różnych pisarzy, dziennikarzy. Trochę śledzę i podglądam konkurencję czytając inne blogi osobiste. Staram się rzetelnie przygotowywać do każdych zajęć, tworzę i opracowuję materiały, korzystam już z gotowych, zakupuję różne pozycje terapeutyczne. Na każdych zajęciach staram się dawać z siebie jak najwięcej, zostawiając własne kłopoty, zmartwienia, smutki za drzwiami gabinetu.

Staram się zachowywać równowagę między wymaganiem od innych, a wymaganiem od siebie samej. Bo tak jest uczciwiej, a tym samym skuteczniej i wydajniej. I jak zawsze najlepiej sprawdza się szacunek i akceptacja każdego człowieka, także tego małego. To chyba jest najlepszy patent na udaną terapię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *