Wolność i swoboda

przez | 5 sierpnia, 2022

Długo nie mogliśmy się zdecydować na wysłanie naszej starszej córki na jakikolwiek obóz. Początkowo wydawało nam się, że ona cały czas jest za mała, by poradzić sobie bez mamy i taty, choć jeździła na wakacje do dziadków na dwa – trzy tygodnie bez nas. Potem wydawało nam się, że świat jest nieprzyjazny, że będzie na nią czyhało milion niebezpieczeństw i zagrożeń, a nikt lepiej jej nie dopilnuje, jak my. Jednakże córka nie poddawała się i regularnie ponawiała próby, żebyśmy pomyśleli o opłaceniu jakiegoś obozu. Za każdym razem było wiele powodów i wymówek, by jej odmawiać. Aż w końcu to ona przejęła inicjatywę. Sama znalazła obóz, miejscowość, wyszukała czy są wolne miejsca i koleżankę, z którą mogłaby pojechać. Przyszła do nas z gotowym pomysłem. Obóz miał być językowy z native speakerami (kto by odmówił dziecku nauki, skoro chce się uczyć), nad morzem, w dobrze znanej i nam i jej miejscowości (nie ma jak nadmorskie świeże powietrze), z miłą i odpowiedzialną koleżanką (którą dość dobrze poznaliśmy, bo często u nas bywała). Do tego obóz miał dobre opinie i rekomendacje.

Zostaliśmy przyparci do ściany. Mimo wielu naszych obiekcji, że nasza córka ma swoje trudności, nie lubi zmian, nie odnajduje się dobrze w nowych sytuacjach i miejscach, nie jest zbyt towarzyska (od dzieciństwa zawsze miała tylko jedną bliską koleżankę); nie zawsze dobrze odnajduje się w sytuacjach towarzyskich i społecznych, zdecydowaliśmy się dać jej szansę. Bo mimo obiektywnych trudności, o których pisałam wyżej, bo mimo pozornej oschłości, niekiedy brutalnej szczerości, która nie każdemu się podoba, ma ona wiele zalet, które przeważyły szalę naszych wątpliwości na jej korzyść. Bo nasza córka jest odpowiedzialna, zawsze przestrzega zasad, mimo, że je często kontestuje, to jednak nigdy nie nadwyrężyła naszego zaufania. Bo dba o swoje rzeczy, jest poukładana, zdyscyplinowana. Choć wiadomo, my ją znamy od tej strony. W gronie rówieśników pewnie zachowuje się nieco inaczej. Ale przede wszystkim uznaliśmy, że to NASZA córka. My ją wychowujemy, my wtłaczamy jej do głowy ważne informacje, wskazujemy jej wartości, których należy przestrzegać (najważniejsze to, aby być sobą, wierzyć we własne możliwości, ale także by nie krzywdzić innych) już od prawie 13 lat. Więc musieliśmy zaufać jej, ale przede wszystkim sobie samym, że od lat postępowaliśmy właściwie i wychowujemy samodzielną, odpowiedzialną jednostkę, pewną siebie i swoich umiejętności, która nie da się stłamsić, zastraszyć i porwać zachowaniom stojącym w sprzeczności z jej systemem wartości. Taką, która potrafi ocenić, co jest dobre, a co złe. Która da się ponieść grupie, wspólnej zabawie, ale też zaprotestuje, kiedy ktoś naruszy jej osobistą przestrzeń niewłaściwym zachowaniem lub będzie wyrządzał krzywdę drugiemu człowiekowi.

Po 11 dniach obozu córka wróciła zachwycona, zadowolona i od progu oświadczyła, że za rok znowu jedzie. Poradziła sobie. Mimo pozornego wycofania, dobrze odnalazła się w grupie, dogadywała się ze współlokatorkami z pokoju, nawiązała nowe znajomości, zapoznała się z dwiema innymi koleżankami z pokoju obok, do których chętne przychodziła na pogaduszki, wspólne tańce i pałaszowanie słodyczy. Mimo, że obie koleżanki są z innego miasta widzę, że nadal podtrzymuje z nimi kontakt, bardzo jej zależy, by go nie przerwać i spotkać się z nimi za rok na kolejnym obozie. Najważniejsza dla niej okazała się wolność. Bo mimo obecności wychowawców, ustalonego planu dnia, codziennych zajęć językowych, musiała sama podejmować milion drobnych i dużych decyzji. W co się ubrać, co zjeść, na co wydać pieniądze, kiedy pójść spać itd. I ponosić ich konsekwencje. Ale najważniejsze, że to były jej decyzje. Oczywiście powrót do domu okazał się być dla niej twardym lądowaniem i dość długo przechodziła ,,jet lag”. Bo w domu nadal obowiązują zasady, bo jest wyznaczona godzina ciszy nocnej, ograniczony dostęp do telefonu, zalecane jest jedzenie warzyw i owoców, a nie lodów, gofrów i zapiekanek. Ja nie wnikałam w to, co się działo na obozie. Dla mnie najważniejsze było, że ona jest zadowolona, że wszystko jej się podobało, że przede wszystkim wróciła cała i zdrowa.

Podobnie jest u nas w terapii logopedycznej. Przychodzi moment, że musimy się pożegnać z naszym podopiecznym, zrobić dłuższą lub krótszą przerwę w naszych spotkaniach. Czasami skończy się limit spotkań w naszej placówce (bo w moim miejscu pracy są to dwa lata niezależnie od efektów i dalszych potrzeb, bo lista dzieci oczekujących na terapie wydłuża się z każdym dniem) i rozstajemy się z dzieckiem w pół drogi. Ale zawsze musimy tak pracować z dzieckiem i rodzicem, aby niezależnie od momentu i powodów rozstania mieć wewnętrzne przekonanie, że to NASZE dziecko, że włożyliśmy w pracę z nim całą naszą wiedzę zawodową, umiejętności, kompetencje, że poradzi ono sobie dalej niezależnie od okoliczności, że wykorzysta nabyte umiejętności w dalszej drodze. Że nauczyliśmy rodziców, jak samodzielnie pracować z własnym dzieckiem, że teraz niezależnie od kolejnego terapeuty i jego zaangażowania, są oni w stanie kontynuować pracę w domu. Że przekazaliśmy te najważniejsze zasady, wartości (że najbardziej liczy się wspólnie spędzony czas, wspólne spacery, rozmowy, głośne czytanie książek, podróże, aktywność fizyczna, gry w planszówki, a nie  czas przed telewizorem, gry na tablecie), które sprawią, że to nasze zawodowe dziecko i jego opiekunowie poradzą sobie na dalszej nowej drodze edukacyjnej, wychowawczej i społecznej.

Koniec roku szkolnego, to zawsze czas wielu pożegnań z naszymi podopiecznymi. W przeważającej większości żal z rozstania jest po obu stronach. Dlatego łatwiej jest się z nim uporać, kiedy mamy w sobie przekonanie i pewność, że daliśmy z siebie wszystko, że umiejętnie prowadziliśmy i dziecko i rodzica. A wolność i swoboda są bardzo ważne, bo to jest papierek lakmusowy naszych umiejętności, kompetencji, zaangażowania.

Tym bardziej więc, w tym wakacyjnym czasie: niech żyje wolność i swoboda!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.