Czas nas uczy pogody

przez | 14 listopada, 2021

No to odpłynęliśmy… Dosłownie i w przenośni. Z uwag na długi weekend, dni wolne w szkole skorzystaliśmy z okazji, że lekcje nie będą stracone, nic nie trzeba będzie nadrabiać, nadganiać, wybraliśmy się nad morze. Wydawałoby się, że to mało roztropny wybór. Ale my uwielbiamy morze poza sezonem. Jest cicho, spokojnie, nie ma tłumów na plaży, można spokojnie spacerować wzdłuż linii brzegowej.

Nawet pogoda okazała się dla nas łaskawa. Przez pierwsze dwa dni było słonecznie i ciepło, dwa pozostałe dni chłodniejsze i zimniejsze, ale co najważniejsze bezdeszczowe.

Przyjęliśmy strategię odpoczynku i relaksu za wszelką cenę i integrowania się razem, rodzinnie, ale też wykrojenia czasu dla samego siebie, własnych zainteresowań i ulubionych lektur. Z racji pory roku, tego, że w listopadzie o 16 zapada już zmrok, wychodziliśmy na spacery raz a porządnie czyli na długo, a potem zaszywaliśmy się w naszych pokojach i oddawaliśmy się relaksowi. I okazało się, że kiedy nie patrzy się na zegarek (w naszym nowym tymczasowym domu wszystkie zegary pokazywały różne godziny) czas stanął w miejscu. Ogarnęło nas poczucie bezczasu. Przestałam odróżniać, jaki to dzień tygodnia, jaka pora dnia. Od pory obiadowej, kiedy za oknem zapadł zmrok, a my wspólnie gotowaliśmy, graliśmy, gadaliśmy, czytaliśmy, moje córki się bawiły, czas rozciągał się na naszą korzyść, zwalniał. Kiedy odpadł pośpiech, natłok obowiązków, konieczność ciągłego spoglądania na zegarek, okazało się, że jeszcze nie ma późnego wieczoru a nam udało się już tyle zrobić i jeszcze długi wieczór przed nami. Niesamowite doświadczenie. W ciągu czterech pełnych dni, które spędziliśmy w nadmorskiej miejscowości udało nam się odpocząć, wyspać, zagrać we wszystkie przywiezione gry, przeczytać zaplanowane lektury, mi odsłuchać zaległe webinary logopedyczne, do których jeszcze miałam dostęp. I to nie był przykry obowiązek. Kiedy moje dzieci się bawiły; ja wyspana i wypoczęta chłonęłam przydatną wiedzę. Nie traktowałam tego jako zabranie pracy na urlop, ale jako czas dla siebie, porę na samorealizację, szlifowanie umiejętności. Zawsze mam niemałą satysfakcję, jak dowiem się, doczytam, usłyszę coś nowego, odkrywczego. Wzbudza to we mnie niemałą euforię, że wykorzystam to w mojej pracy, że będę skuteczniejsza, bardziej pomocna. Doświadczanie zawodowej wspólnoty podczas tych webinarowych spotkań jest także bezcenne, że wielu z nas, logopedów, ciągle drąży, zgłębia temat, dopytuje, tak jak ja. Że nie tylko ja, pomimo kilkunastoletniego doświadczenia zawodowego, nadal mam liczne wątpliwości, pytania, zawahania, doświadczam mniejszych czy większych trudności w terapii. I, że nie jestem w tym osamotniona.

Im jestem starsza, tym bardziej doceniam taki właśnie czas, czas relaksu, wspólnoty, kontaktu z naturą. Spacerując wzdłuż morza, nawet jak jest zimno, wietrzenie, pochmurno odczuwam czystą radość. Jest to dla mnie czas kontemplacji, zachwytu nad pięknem, nieposkromionej żywiołowej natury; doświadczam spokoju, wewnętrznej harmonii, szum fal mnie uspokaja, wycisza, regeneruje. Za każdym razem, kiedy jestem w takim cudownym miejscu z moimi najbliższymi jestem przepełniona wdzięcznością, ze udało nam się dotrzeć bezkolizyjnie, po raz kolejny się zjednoczyć, zintegrować, odpocząć. W takich momentach dziękuję Najwyższemu za ofiarowany mi czas. Czas wytchnienia w tym coraz bardziej niebezpiecznym, mało przyjaznym świecie; w którym co rusz pojawiają się nowe zagrożenia. Mam też pełną świadomość, że moje dzieci nie zawsze są zachwycone na równi ze mną. Obie lubią wyjeżdżać, podróże z nimi to sama przyjemność, ale trudno im opuścić domowe pielesze, ubrać się w zimowe kurtki i wyjść na zewnątrz, spacerować nad morzem, kiedy jest zimno, szaro, buro i ponuro. Czasami musimy więc je animować, zachęcać, by przeszły jeszcze kawałek. Mój mąż wyciąga wtedy piłkę i rzuca ją sobie z nimi lub rozgrywa mecz na piasku. Każdy wiek ma swoje prawa. Wiem, ze trzeba czasu żeby nauczyć się czerpać bezinteresowną radość i poczucie spokoju z natury i z bliskości z rodziną. Wiek ,,chmurny i durny” temu nie służy. Wiek burzy i naporu, w którym są moje dzieci, a szczególnie starsza córka, ma bunt i kontestacje wpisaną w byt. Na wszystko musi przyjść czas i wszystko, co wartościowe i dobre potrzebuje czasu…

Teraz to już wiem i to moje doświadczenie życiowe, które przyszło z czasem, daje mi spokój w pracy zawodowej. Wiem, że każda terapia ma swój określony czas, są dzieci, które potrzebują go mniej, a są takie, które potrzebują go znacznie więcej. I czasami ten wydłużony czas, który im daję, jest tym, czego najbardziej potrzebują, jest tym, co najbardziej dla nich terapeutyczne. Bo ofiarowany im czas to wyraz mojego zrozumienia, empatii, wsparcia. To czas na adaptację, klimatyzację, oswojenie. Są dzieci, które niosą w swoich sercach wiele lęku, które na co dzień doświadczają dyskomfortu (dzieci z różnymi nadwrażliwościami, wysokowrażliwe, z deficytami, z trudną sytuacją rodzinną); sprawia to, ze ich wewnętrzne cierpienie powoduje nieufność wobec innych, blokuje odbiór świata, paraliżuje i nie są one w stanie współpracować, wynieść jakiejkolwiek korzyści z proponowanej przeze mnie terapii. Czasami milczenie, zabawa, gry planszowe są już terapią, przynoszą ulgę, wytchnienie.

Ale też już przestałam się spinać, że muszę jak najszybciej wywołać daną głoską, jak najszybciej osiągnąć sukces w terapii. Bo takie są oczekiwania rodziców, bo to być może świadczy o mojej sprawności i kompetencjach. Teraz robię swoje, bez presji czasu. W przypadku wątpliwości rodziców rozmawiam z nimi, tłumaczę, prezentuję mój punkt widzenia. Daję im czas na oswojenie się z moimi poglądami. I najczęściej czas działa na moją korzyść.

Życzę wszystkim, by czas był zawsze naszym sprzymierzeńcem w życiu, w pracy, w terapii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.