Co powie tata?

przez | 22 stycznia, 2026

Kiedy moje dzieci były niemowlętami codziennie nosiłam je po domu, delikatnie bujałam i śpiewałam stały repertuar piosenek dla ukojenia, dla wyciszenia, czasami dla uśpienia albo wsparcia w chorobie. Ponieważ całymi dniami byłam z nimi sama, bo był to czas sprzed pracy zdalnej, robiłam to bez skrępowania, zażenowania, cienia zawstydzenia. Codzienne spacery po domu przy repertuarze dziecięcych piosenek stały się naszym małym rytuałem, elementem codzienności, stałym punktem planu dnia. Niemal z autystyczną potrzebą powtarzalności nuciłam piosenki w odpowiedniej kolejności, z zachowaniem takich samych odstępów, tempa, rytmu. Córki nasiąkły nimi podskórnie. Potem jak były starsze i nie miałam siły nosić, trzymałam je na kolanach, nadal kołysałam i śpiewałam znany nam repertuar. Podobno najbardziej podobają nam się melodie, które już znamy. Coś w tym jest. W moim matczynym śpiewniku dominowały piosenki Natalii Kukulskiej, na której sama się wychowałam i z którą równolegle dorastałam.

Wiara w dobrodziejstwo i moc śpiewania piosenek dzieciom została mi do dziś. Bardzo często śpiewam moim podopiecznym na zajęciach, często mamy piosenkę przewodnią zajęć lub tematyczną (np. o kolorach, o pojazdach), często wykorzystuję wybrane fragmenty muzyczne do nauki gestów, odtwarzania sekwencji ruchowych, czasami do relaksacji. Im dłużej pracuję zawodowo tym mniej we mnie skrępowania, wstydu, fałszywej skromności. Śpiewam nawet wtedy, gdy rodzice dzieci są obecni na zajęciach. Staram się także ich zachęcić i włączyć do śpiewania. Kto ze mną współprowadzi zajęcia, ten wie, że ja wyznaję zasadę: ,,śpiewać każdy może” i ,,czasami człowiek musi inaczej się udusi”.

Kiedy moje córki stopniowo dorastały rytuał śpiewania powoli zanikał, a właściwie przekształcał się we wspólne słuchanie płyt ich ulubionych artystów (,,żugajką” byłam i ja), stacji radiowych, aż w końcu doszłyśmy do etapu, że niektórych wokalistów czy zespołów cenimy wspólnie, choć one pewnie by tego otwarcie nie przyznały. Nawet one mi i mężowi kupują płyty w prezencie i to są trafione podarunki, ale nam też się zdarzają takie celne strzały, gdy chcemy im coś dać.

Okazało się, że wdrukowany im nieświadomie rytuał nie zaniknął, tylko został uśpiony, ale dusza go zapamiętała. Szczególnie wrażliwym jego odbiorcą, strażnikiem pamięci o nim została moja młodsza córka. Kiedy przychodziły momenty, gdy miała gorszy nastrój, w szkole poszło coś nie tak, pokłóciła się z najlepszą swoją przyjaciółką lub po prostu była chora, zmęczona, w dyskomforcie przychodziła i nadal przychodzi do mnie i mówi: ,,zaśpiewaj mi kołysankę”. I obie wiemy, że nie chodzi o prawdziwą kołysankę, a o jej najbardziej ulubiony utwór z mojego żelaznego repertuaru ,,Co powie tata” Natalii Kukulskiej. Jej prośba jest dla mnie rodzajem kodu, szyfru, że wydarzyło się coś przykrego,
o czym nie chce mówić, ale potrzebuje ukojenia. Nie pytań, co się stało, jak mogę pomóc, ale tego magicznego utulenia, kołysania, które pewnie ciało pamięta z etapu wczesnego dzieciństwa, kiedy czułyśmy fizyczną bliskość przy mocnym wtuleniu, spokój, bo nikt nas nie poganiał, a miałyśmy dużo czasu do wypełnienia zanim tata wróci do domu, radość beztroskich chwil, bo poza wzajemnym trwaniem, współistnieniem nie miałyśmy żadnych spraw do załatwienia, celów do osiągnięcia.

Wydaje mi się, że to moje śpiewanie stało się naszym rodzinnym kodem, znanym tylko nam, który wspomniany, przywołany przez którąś z moich córek, przypomina nam o naszej bliskości, wzajemnej miłości, akceptacji. Szczególnie w dobie nastoletniości moich dzieci kod ten zawsze się sprawdza, kiedy one nie lubią teraz patetycznych słów, wzniosłych wyznań i zapewnień. Dla mnie słowa ,,zaśpiewasz mi kołysankę” są dowodem tego co udało nam się zbudować, a o czym czasami trudno jest mówić.

Myślę, że ważne jest budowanie takich rodzinnych kodów, bo czasem słowa więzną w gardle, bo czasem pada o jedno słowo za dużo, bo czasem ich natłok sprawia, że rozmywają one istotę sprawy. Jak to w każdej relacji. Zawsze są napięcia, spięcia, dlatego ważne są zdania, które budują mosty pomiędzy dwiema stronami lub łatają wyboiste drogi rodzicielstwa.

Ja w swojej pracy, prowadząc terapię staram się zawsze stworzyć klucz znaczeń między mną a małymi pacjentami. Muzyka to zawsze dobry początek. Nigdy nie udało mi się osiągnąć znaczących postępów w terapii logopedycznej, gdy nie nawiązałam głębszego kontaktu z dzieckiem. Niezależnie od powodów. Wspólne żarty, pytania o codzienność dziecka, o bliskie mu osoby, zwierzęta tkały nić przywiązania między nami. I uważam, że zawsze inicjatywa jest po stronie terapeuty. To my mamy narzędzia, świadomość, dojrzałość i wiedzę, by inicjować kontakt, by go pogłębiać i dopóki jest szansa nie można odpuszczać i rezygnować.

Od dawna nie pisałam na blogu, bo życie, jego tempo, wymagania, skutecznie blokowały mi czas i chęci, tępiły wenę. Dopiero teraz ten grypowy czas, który nastał u nas w domu, uruchomił moją potrzebę pisania, kiedy moja nastoletnia córka blada, zmęczona, zmizerowana, z trudną do zbicia gorączką, słabiutkim głosem poprosiła: ,,mamo, zaśpiewasz mi kołysankę”. Serce mi eksplodowało ze wzruszenia, a wena zalała moją duszę.

Jako puentę tego jakby nie było przydługiego postu przytoczę słowa naszej ulubionej piosenki:

Dlaczego biedronka jest mała?
Czy może być morze bez dna?
Czy każda królewna ma pałac?
I czy on jest ze szkła?
Dlaczego raz jestem nieśmiała?
A potem to brykam aż wstyd?

Co powie Tata? Co powie Tata?
Co Tata mi powie, co na to odpowie mi dziś?
Co powie Tata? Co powie Tata?
Czy znów się wykręci czy dziecko zniechęci? Nie!

Skąd wzięły się mrówki w słoiku?
Czy lepiej mieć kota czy psa?
Dlaczego wciąż mówią bądź cicho?
Przecież głos mam i ja
Czy można pokochać ślimaka?
Skąd wzięły się burze i mgły?

Co powie Tata? Co powie Tata?
Co Tata mi powie, co na to odpowie mi dziś?
Co powie Tata? Co powie Tata?
Czy znów się wykręci czy dziecko zniechęci?

Autor tekstu: Jerzy Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *