Chwilunia

przez | 2 marca, 2021

Są takie słowa w języku polskim, których brzmienie jest niemiłe dla ucha, odpychające, budzące złe skojarzenia, a jednocześnie krzywdzące. Bo czasami słowa, które określają daną osobę, przedmiot, zdarzenie stawiają je z góry na przegranej pozycji. Dla mnie słowo teściowa, pasierb, macocha brzmią niemiło odpychająco, a przecież ja osobiście mam bardzo fajną teściową, na pewno większość macoch też jest w porządku i bardzo zaangażowanych w życie swoich przybranych dzieci. Ponadto słowo audyt, ewaluacja też brzmią odstraszająco, groźnie, złowrogo. Mimo tego, że mają w swoim założeniu przynieść coś dobrego – zobrazować nasze osiągnięcia, postępy w terapii, ocenić, usprawnić pracę.

Natomiast w moim macierzyństwie najtrudniejszym słowem, z jakim przyszło mi się mierzyć jest słowo ,,chwilunia”. Nie chwila, chwilka, tylko chwilunia, jakby w ten sposób moje córki na każde moje wołanie, prośbę, polecenie, chciały mi podprogowo przekazać, żebym się nie niecierpliwiła, nie denerwowała, trwała w spokoju. Bo chwilunia brzmi o wiele lepiej i milej niż chwila czy chwilka, niesie ze sobą nadzieję, że trwa dużo krócej od zwykłej chwili, daje obietnicę, że moja prośba w nieodległej przyszłości zostanie spełniona. Ale to tylko złudzenie, zasłona dymna dla moich skołatanych nerwów. Chwilunia u moich dzieci rozciąga się w nieskończoność. Szczególnie w momencie, kiedy trzeba przerwać zabawę i przyjść na obiad, kiedy trzeba odłożyć książkę, bo nadeszła pora kąpania, kiedy trzeba przerwać wieczorne pogaduchy i iść spać.

I czasami naprawdę trudno jest zachować spokój, dać wiarę tym zapewnieniom, uwierzyć po raz kolejny, kiedy słowo ,,chwilunia” pada często i gęsto o rożnych porach dnia i w różnych sytuacjach. Czasami przyjmuję je z wyrozumiałością, czasami z niedowierzaniem, często z irytacją. Bo ile można…? Po ostatnim ,,chwilunia” pomyślałam sobie w skrytości ducha, że ja nawet rozumiem te moje dzieci. Chcą z każdego dnia wycisnąć najwięcej ile się da. Chcą wykonać mnóstwo czynności, zrealizować jak najwięcej planów. Czas biegnie nieubłaganie, i jak w ciągu zwykłego tygodnia, pomiędzy lekcjami, pracami domowymi, obowiązkami, znaleźć czas na zabawę, czytanie książek, obejrzenie odcinka ulubionego serialu, gry planszowe, wspólne siostrzane pogawędki, spacer, własne pasje (bo od niedawna jedna gra na gitarze, poza tym obie uczą się hiszpańskiego rysują, malują, lepią), kontakty z przyjaciółmi? Strasznie dużo tych rzeczy do zrobienia, a czas nie jest z gumy. W sumie to bardzo się cieszę i jestem dumna, że moje dzieci mają w sobie tyle chęci, energii, motywacji żeby codziennie doświadczać jak najwięcej rzeczy. Pewnie patrzą też na nas. A my też poza pracą i prozaicznymi obowiązkami staramy się znaleźć czas sami dla siebie i czas dla nas. Staramy się i odpocząć, ale i dążymy do samorealizacji, samodoskonalenia, ale chcemy też pobyć wspólnie, razem. Myślę, że fajne jest w naszych dzieciach to, że one są takie ciekawe świata, otwarte na nowości, skłonne do zgłębiania codzienności, zadają milion pytać, lubią dyskutować. Ale to nie dzieje się samo. Wkładamy w to z mężem wiele pracy, energii, miłości, by one mogły się rozwijać, kształtować. By zajęte wieloma ciekawymi rzeczami codziennie mamiły mnie słowem ,,chwilunia”.

Tak sobie właśnie wyobrażam wspieranie, wychowywanie dzieci, w tym także usprawnianie językowe i komunikacyjne. Inspirowanie ich, zaciekawianie, stwarzanie okazji, dawanie narzędzi do działania, pokazywanie możliwości, a następnie przypatrywanie się temu, jakiego dokonają wyboru, jak spożytkują ofiarowane im rzeczy, jak spędzą dany czas.

A więc… Chwilunio, trwaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *